Art deco

Autor: Tomek Szyndler, Gatunek: Proza, Dodano: 05 sierpnia 2018, 15:44:15

Zbudził mnie jeden z moich przyjaciół, który dostał się do mojego mieszkania w nieznany mi sposób; najpewniej po prostu zapomniałem zamknąć drzwi na noc. Słowa, które do mnie wtedy skierował zrozumiałem, jednak brzmiały dla mnie jak wypowiedź puszczona w zwolnionym tempie; zdania rozmazywały się do tego stopnia, że gdybym miał je powtórzyć - nie potrafiłbym. 
Mój przyjaciel zbudził mnie, gdyż tego dnia czekała nas bardzo ważna uroczystość; nie jestem jednak w stanie wam powiedzieć, jaka. Po prostu była ważna i musiałem wziąć w niej udział. Tyle.
Byłą godzina dziewiąta, a przynajmniej tak oceniłem czas na podstawie promieni słońca wpadających do mojego pokoju; z jakiegoś powodu zegar ścienny przestał działać. Ponaglany żywiołową gestykulacją przez mojego przyjaciela, wyszedłem z pokoju i skierowałem się do łazienki. Spojrzałem w lustro, lecz nie ujrzałem swojej twarzy.
Mimo to szybko umyłem się i przebrałem. Zakładając buty stwierdziłem, że mojego przyjaciela nigdzie nie ma. Zapewne wówczas zszedł już na dół, pomyślałem.
Znalazłem go kilka minut później, kiedy stał pod moim budynkiem i z uśmiechem pokazywał mi coś palcem. Jego ręka wskazywała budynek, w którym mieszkałem. Przyjrzałem się.
Była to kilkudziesięcioletnia kamienica w stylu art deco z białą elewacją stojąca na szczycie zabudowanego wzgórza. Była najbardziej zadbaną kamienicą w okolicy, zarówno na zewnątrz, jak i w środku.
- To faktycznie bardzo ładny budynek - zdawało mi się, że powiedziałem coś w tym stylu.
Nie zdążyłem jednak dowiedzieć się, czemu kamienica została wskazana jako coś szczególnego, ponieważ na horyzoncie pojawiła się grupa osób żwawo zdążając w naszym kierunku.
Po chwili okazało się, że to prawie wszyscy ludzie których znam; byli równie weseli jak człowiek, który mnie obudził. Krzyczeli coś do mnie i machali rękami, jednak nie zrozumiałem treści okrzyków.
Skupiłem swoją uwagę na pogodzie. Słońce bardzo przyjemnie grzało moją skórę; promienie zmuszały mnie do odruchowego zmrużenia oczu. Od czasu do czasu czułem lekki, ciepły wiatr. W oddali, poniżej wzgórza rozciągało się miasto złożone z jasnych budynków, kontrastujących z porastającymi górzysty krajobraz krzakami. Gdzieniegdzie widziałem kępki czerwonej ziemi.
Oparłem się o o karoserię samochodu stojącego obok i spojrzałem na panoramę. Wziąłem głęboki oddech i spróbowałem wraz z powietrzem wchłonąć to co było w nim piękne; aby chociaż odrobina tego pejzażu została we mnie.
Rozgrzana na słońcu blacha powoli zaczynała mnie parzyć. Bez pośpiechu odepchnąłem się od niej rękami i spojrzałem na grupę moich przyjaciół. Byli już kilkadziesiąt metrów dalej, odwracając się co chwilę i machając do mnie z daleka. Wesołe głosy dały mi do zrozumienia, że powinienem za nimi podążać. 
Ruszyłem lekko za nimi. Nie stawiałem kroków, raczej lekko podskakiwałem. Czułem, że gdybym mocniej odbił się od ziemi, mógłbym pofrunąć. Zbliżając się do zejścia ze wzgórza, skoczyłem wyżej, niż dotychczas. Będąc w powietrzu, obejrzałem jeszcze raz panoramę miasta - od prawej do lewej, a następnie od lewej do prawej. Biorąc głęboki wdech, wchłonąłem kolejną drobną część piękna do płuc. Wylądowałem miękko parę metrów dalej.
Po kilku minutach zrównałem się z grupą moich znajomych. Ich dobry humor udzielił się również mnie i natychmiast dołączyłem do zabawnych rozmów i wzajemnych żartów. Gdybym miał wam jednak przytoczyć choć jeden z nich, abyście również się pośmiali - słowo daję, nie pamiętam.
Zeszliśmy ze wzgórza i znaleźliśmy się na dość ruchliwej ulicy jak na to miasto; miała ona jednak to do siebie, że była równocześnie szybka i wolna, zatłoczona i przytulna, przyjemnie hektyczna. Kiedyś nawet w pewnej gazecie pojawił się o niej artykuł, wykładający również niesamowitość całego miasta, położonego na nadmorskich wzgórzach i w ich dolinach. Było to poważane pismo, jednak rzecz działa się dawno temu i obecnie nie jestem nawet w stanie przypomnieć sobie jego tytułu. Przeminął w mojej głowie niczym pęd powietrza wywołany przez przejeżdżający autobus.
Znaleźliśmy się mniej więcej na poziomie morza. Skręcając w bok z głównej ulicy poczułem bryzę płynącą w korytarzach stworzonych przez budynki. Wiatr rozczochrał moje włosy i pozostawił je w nieładzie, ja natomiast uśmiechnąłem się lekko. Do dziś w mojej opinii powiew morskiego powietrza to jedna z przyjemniejszych rzeczy, których można doświadczyć.
Podążałem za grupą. W miarę jak szliśmy, gęsto upakowane budynki stawały się coraz ciemniejsze; biel królująca na wzgórzach i jaskrawe kolory pokrywające elewacje budynków położonych w dolinie ustępowały miejsca czerwonej cegle lub szaremu betonowi. Bryza osłabła, by po jakimś czasie zniknąć kompletnie.
W palącym słońcu powoli zbliżaliśmy się do ogromnego gmachu z czerwonej cegły. Dobiegały z niego tubalne tony wskazujące na to, że ktoś mówi w środku przez mikrofon. Zakrywany przez nie szum dopełniał wyobrażenie o kimś przemawiającym do tłumu.
Zacząłem czuć dyskomfort. Z każdym przebytym metrem dyskomfort zamieniał się w niepokój, który kłębił się we mnie niczym wir. Krzyknąłem do moich przyjaciół "nie idźmy tam!". Oni odwrócili się jednak i z ich oczu, które były całkowitym zaprzeczeniem ogólnej wesołości sprzed kilkunastu minut, wyczytałem, że musimy. Nie wiedziałem zupełnie dlaczego musimy; nie wiedziałem co to za budynek ani co się w nim odbywa; nie wiedziałem też dlaczego czuję się tu tak źle. Przez głowę przemknęła mi myśl, aby zrobić zwrot w tył i pobiec w kierunku głównej ulicy. Jednak po tym, jak zobaczyłem oczy moich przyjaciół, nie byłem w stanie tego zrobić. Moja przyzwoitość kazała mi towarzyszyć im w - jak się domyślałem - niedoli.
Weszliśmy do środka. Znaleźliśmy się w tłumie ludzi, wpatrzonych w odległy punkt na przeciwległym końcu ogromnej sali. Panował półmrok; ludzie stłoczeni jeden obok drugiego chciwie łapali powietrze i zdawali się nas nie zauważać. Znalazłszy luźniejsze miejsce, ustawiliśmy się całą grupą i spojrzeliśmy w stronę końca sali. Moi przyjaciele ze znużeniem i rezygnacją, ja z ciekawością.
Ujrzałem człowieka stojącego na ogromnej platformie, podświetlonej jasnym, białym światłem. Człowiek ten nie był ani wysoki, ani niski; dolna część jego tułowia była schowana za masywną mównicą z lakierowanego drewna. Ubrany był w szary garnitur i prawie błyszczący, jaskrawoczerwony krawat. Więcej szczegółów nie byłem w stanie dostrzec. Jedyne, czego byłem w stu procentach pewny, to głos. Był to głos nie do podrobienia; kiedy próbuję powiedzieć coś na głos używając tego tonu, nie jestem w stanie. Za daleko mi do doskonałości. Wspaniały, potężny, głęboki głos idealnie współgrał z konstrukcją sali, bez problemów docierając w każdy jej zakamarek. Z łatwością obezwładniał ludzi, wślizgując im się do uszu i kurczowo łapiąc umysł, a następnie ustawiając go w kierunku zgodnym z wolą mówcy. 
Pamiętam jednak tylko jedno zdanie.
"Nigdy nie zrozumiecie, bo jest to poza waszymi możliwościami".
Wszyscy wokół pokiwali głowami. Nie wiem, co zostało powiedziane wcześniej ani jaki był kontekst (chociaż dam głowę, że wtedy wiedziałem), ale poczułem się wówczas źle. Bardzo źle.
Z początku była to duża dawka niepokoju, który czułem przed wejściem do budynku. Jednak z każdym słowem mówcy i z coraz większą aprobatą ze strony widowni, która zaczęła kiwać głowami z uznaniem co kilka sekund, uczucie to przeradzało się  w smutek, następnie irytację, by po kilku minutach osiągnąć formę gniewu, dążącego do furii. Mówca używał jak bardziej wyrafinowanych słów, zręcznie skakał po tematach i prezentował swój kunszt oratorski najlepiej jak umiał, ja słyszałem jednak tylko jedno zapętlone zdanie.
"Nie zrozumiecie, nie zrozumiecie, nie zrozumiecie..."
Z drzwi umieszczonych w ścianie zaczęli wychodzić ludzie w eleganckich strojach. Przeciskając się przez tłum, rozdawali ludziom składane ulotki. Niektórzy ze słuchaczy zaczęli je czytać, jednak większość wciąż wpatrzona była w mówcę.
"Nie zrozumiecie, nie zrozumiecie, nie zrozumiecie..."
Podeszła do mnie kobieta w eleganckim stroju, próbując wręczyć mi ulotkę. Spojrzałem na nią z gniewem. Odwzajemniła spojrzenie pustym zdziwieniem. 
Odwróciłem się i energicznie skierowałem się ku wyjściu z budynku. Ludzie odwracali głowy, patrząc za mną; czułem na sobie zdziwienie, zniesmaczenie, gniew, oburzenie i dziesiątki innych emocji. Odbijały się jednak od ślepej furii szalejącej w moim wnętrzu, nie czyniąc mi krzywdy. Z impetem trzasnąłem ogromnymi drewnianymi drzwiami. Miałem wrażenie, że niezachwiany w swojej pewności mówca na chwilę zawiesił głos. 
Nie zatrzymując się, ruszyłem w kierunku głównej ulicy miasta. Mijałem te same brzydkie budynki, sapiąc wciąż z wściekłości. Droga jednak wydawała mi się dłuższa niż w poprzednią stronę. Instynktownie postanowiłem przyspieszyć kroku, jednakże mimo włożonego w to wysiłku, wciąż szedłem z tą samą prędkością. Moje nogi nagle stał się o kilkanaście kilo cięższe.
Wówczas z jakiegoś powodu nie zaprzątałem sobie głowy przyczyną tego nienormalnego stanu rzeczy. Byłem całkowicie skupiony na jak najszybszej ucieczce ze świątyni upokorzenia. Tak, dokładnie - kiedy wypowiedziałem instynktownie ten zbitek słów w głowie, doznałem olśnienia.
Mówca upokarzał tych ludzi. Upokarzał ich, a oni kiwali głowami. Robił z nich kretynów, a oni nie mieli nic przeciwko. Wręcz czekali na kolejne "Nie zrozumiecie...". Oddawali część swojej intelektualnej godności człowiekowi, który zapewne nie był od nich ani odrobinę mądrzejszy, ale umiał sprawiać takie wrażenie; którego jedynym osiągnięciem było zaledwie (a może aż?) dostrzeżenie i wykorzystanie słabości grupy. Po prostu w pewnym momencie był bystrzejszy od innych. Jeden szczegół decydujący o losach wielu. Być może stało się to przypadkowo. Tego nikt nie wie.
Nie trzeba być geniuszem, żeby zniewolić innego człowieka. Grupę. Społeczeństwo. Wystarczy być takim jak wszyscy.
Od głównej ulicy dzieliła mnie duża odległość, mimo że szedłem (moje ruchy wciąż chyba wciąż kwalifikowały się jako chód) już dobrą godzinę. Bolały mnie kolana i stopy; każdy kolejny krok skutkował coraz większym cierpieniem. Mimo to szedłem (!) dalej. 
O ile ulice wciąż były tak samo brzydkie, jak wcześniej, to teraz były całkowicie wyludnione. Pomiędzy ohydnymi kamienicami nie przebiegały nawet koty; ptaki jakby nagle odleciały na koniec świata. Powietrze było wilgotne, gorące i ciężkie. Pot lał się ze mnie strumieniami.
Nagle przypomniałem sobie, że istnieje pewien skrót, pozwalający dotrzeć do mojego domu z pominięciem głównej ulicy. Nie pamiętałem, czy kiedykolwiek nim szedłem; byłem jednak pewien, że jeśli skręcę w najbliższą odnogę paskudnej ulicy i pójdę w kierunku wzgórz, znajdę się w domu o wiele wcześniej. Tak mogłoby by na pewno być, gdyby moje nogi były sprawne - jednak ich stan się nie polepszał. Wciąż był ciężkie i prawie uniemożliwiały poruszanie się.
Skręciłem w boczną ulicę. Droga zaczęła iść w górę. Wzgórza, choć daleko, wydawały się w moim zasięgu. Zacisnąłem zęby i szedłem dalej. 
Poczucie wszechobecnej pustki nasiliło się; miałem wrażenie jakbym był jedynym człowiekiem na świecie. 
Zacząłem słyszeć echa. Śmiech ludzi, warkot silników, krzyk mew. Były to echa bardzo ulotne, prawie że niemożliwe do wyłapania; pojawiały się na ułamek sekundy i znikały. Szedłem dalej. Czas mijał.
Doszedłem do niewielkiego skrzyżowania i rozejrzałem się. Słońce powoli już zachodziło, rzucając pomarańczową łunę na miasto. Jeden z promieni odbił się od szyby daleko od skrzyżowania, oślepiając mnie na moment. Szybko zmrużyłem oczy. Kiedy je otworzyłem, zdałem sobie sprawę, iż oślepił mnie odbłysk z okna mojej kamienicy w stylu art deco. Wytężyłem wzrok, aby lepiej ją zobaczyć. Stała spokojnie w oddali, niczym drzewo zasadzone wiele lat temu.
Uśmiechnąłem się. Wiedziałem już, że dom jest blisko. I choćbym szedł do niego długie godziny, miesiące czy lata - koniec końców nacisnę klamkę i wejdę do środka.
Marki, marzec-maj 2018

Komentarze (5)

  • Jak to można iść do swojego domu miesiącami, latami? Dla mnie to jest zbyt infantylne. Nacisniecie klamki Ok. Ogólnie duże ekspresji, to lubię poczuć.

  • Wracam do siebie od narodzin kochanie.
    „Ogólnie duże ekspresji, to lubię poczuć” - po jakiemu to jest?


    Niestety już po pierwszym zdaniu widać, że jest to bardzo słaby tekst.


  • Lichota...

  • :)

  • gdyby było zakończenie, o jest mój dom, ... byłoby fajniejsze zakończenie.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się